Kolega polecił mi ostatnio znakomitą analizę wpływu AI na ekonomię pt. THE 2028 GLOBAL INTELLIGENCE CRISIS. Tekst ten przygotowało Citrini Research (https://www.citrini.com/about), niezależna firma badawcza zajmująca się analizą rynków finansowych, specjalizująca się w tzw. tematycznym inwestowaniu, globalnym podejściu makroekonomicznym do rynków oraz identyfikacji megatrendów i narracji. Czyta się to niczym dreszczowiec z gatunku economic fiction, opisujący bezprecedensową katastrofę na rynku pracy spowodowaną przez AI – z perspektywy, uwaga, 2028 roku. Czyli tak jakby – już za chwilę.
Spostrzeżenia i potencjalne ścieżki rozwoju kryzysu, wysnuwane przez autorów na podstawie widocznych na rynku przesłanek, przebiegają równolegle do moich własnych obserwacji, które mam sposobność czynić z wnętrza branży IT – będącej na pierwszej linii kontaktu z „nowym, wspaniałym światem”.
Streszczać tekstu nie będę. Zachęcam każdego do przeczytania go samodzielnie. Podzielę się natomiast własnymi przemyśleniami, prowadzonymi z perspektywy filozofa, którym jestem z wykształcenia.
Fetyszyzacja efektywności i zysku
W wolnym rynku chodzi o zysk. Wiadomo. Zysk ten generowany jest w uwikłaniu w wiele zmiennych. Jedną z nich jest efektywność. Efektywność jest miarą konkurencyjności pojedynczych podmiotów gospodarczych oraz całych gospodarek. Jeśli produkujemy mało, wolno i drogo, to siłą rzeczy przegrywamy w globalnej rozgrywce z tymi, którzy produkują dużo, szybko i tanio. Nieważne, czy przez produkcję rozumiemy faktyczne wytwarzanie dóbr, czy szeroko rozumiane usługi – wszystko, za co ktoś inny skłonny jest zapłacić, jest jakiegoś rodzaju produktem. Sumą tych produktów jest fetyszyzowany Produkt Krajowy Brutto.
W świecie, w którym żyjemy, PKB musi rosnąć. Spadek PKB to jeden z najgorszych koszmarów ekonomistów. Bez wzrostu PKB trudno spłacać kredyty, a bez kredytu współczesna gospodarka po prostu nie działa – pieniądz nie jest już zakotwiczony w żadnym parytecie, jego wartość opiera się na zaufaniu, a jego kreacja odbywa się głównie poprzez akcję kredytową. Nie da się jednak rosnąć w nieskończoność, dlatego – by utrzymać iluzję ciągłego wzrostu i generowania wartości – rozwój przenosi się „w górę” lub „w głąb”. Gdy industrializacja i automatyzacja deprecjonują wartość pracy fizycznej lub manualnej, ciężar ten przesuwa się w stronę pracy umysłowej.
Wartość pracy umysłowej
Najbardziej rozwinięte gospodarki Zachodu napędzane są dziś właśnie pracą umysłową, a pracownicy umysłowi stanowią kluczową siłę nabywczą. Ich ekspertyza i efektywność pozwalają zwiększać zyski firm, producentów i korporacji. Ich wysokie wynagrodzenia umożliwiają im zakup dóbr i usług, co napędza wzrost po stronie ich wytwórców, a to z kolei generuje popyt na kolejną pracę umysłową (marketing, consulting, obsługa klienta, reklama, SaaS-y, ERP-y itd.). Zapotrzebowanie to przekłada się na miejsca pracy, wynagrodzenia i ścieżki awansu, które dalej wzmacniają siłę nabywczą… i tak dalej. Klasyczne dodatnie sprzężenie zwrotne. Albo – zależnie od perspektywy – coś na kształt nowotworu.
Tańszy ekwiwalent
I tu wkracza AI – cała na biało. W pierwszym kwartale 2026 roku Claude czy Codex za około 200 dolarów miesięcznie potrafią — w wprawnych rękach – wykonać pracę, która wcześniej wymagała całego zespołu. Owszem, mylą się. Owszem, wymagają nadzoru. Ale czy ludzie się nie mylą i nie wymagają nadzoru? Oczywiście, że wymagają. Tyle że kosztują znacznie więcej niż 200 dolarów miesięcznie. Nietrudno więc zgadnąć, w którą stronę zaczną naturalnie ciążyć branże oparte na pracy umysłowej. Skoro okazuje się, że ludzka inteligencja i ekspertyza – dotąd niewymienialne na sztuczny ekwiwalent – mogą zostać zastąpione tańszym substytutem. Substytutem, który już dziś bywa bardziej efektywny od swojego ludzkiego odpowiednika.
Logika samozniszczenia
Słyszę czasami, że „rynek jakoś to załatwi” – że nastąpią przesunięcia, zmiany specjalizacji, powstaną nowe zawody. Ba, sam czasami tak myślę. Jednak, patrząc na to chłodno i wracając do punktu wyjścia: rynkowi zawsze chodzi o zysk. Tak został zaprojektowany. Będzie więc dążył do maksymalnego wykorzystania AI, sprawiając, że znaczna część pracowników umysłowych stanie się zbędna (nie całkowicie, ale w istotnej skali). To z kolei ograniczy siłę nabywczą grupy najbardziej skłonnej do konsumpcji, co przełoży się na spadek przychodów firm i dalszą presję na zwiększanie efektywności oraz redukcję kosztów. Zamiast dodatniego sprzężenia zwrotnego pojawi się ujemne. W mojej opinii przekonanie, że rynek sam z siebie poradzi sobie z AI, jest przejawem niepoprawnego optymizmu. Wolę go unikać. Pesymizm bywa bardziej racjonalną odmianą optymizmu.
Pozytywność w negatywności
Paradoksalnie widzę tu dwa towarzyszące zjawiska.
Po pierwsze, od lat marzę o gospodarce redukcji. Uważam, że imperatyw nieustannego wzrostu jest rodzajem poznawczego zwarcia, które utrudnia racjonalną ocenę długoterminowych zagrożeń. Szybki zysk w perspektywie miesiąca niemal zawsze wygrywa z realnym i prawdopodobnym, lecz oddalonym w czasie ryzykiem poważnych konsekwencji. Eksport ukrytych kosztów i zagrożeń w przestrzeni (np. do krajów Globalnego Południa) lub czasie (przerzucanie ich w przyszłość) to jedna z najbardziej patologicznych cech systemu opartego na wzroście. Być może po raz pierwszy pojawia się mechanizm, który może tę logikę zakwestionować.
Po drugie, możliwe, że przeregulowanie UE oraz pewne zapóźnienie względem Stanów Zjednoczonych – będących w forpoczcie zmian – zadziała na naszą korzyść. Jeśli oszołomiona AI gospodarka USA zacznie się destabilizować, być może po naszej stronie oceanu znajdzie się wystarczająco dużo rozwagi, by w porę nacisnąć hamulec.
Niepoprawny optymizm?